poniedziałek, 9 stycznia 2012

bagienka




Cudze chwalicie swego nie znacie! 
Tak, tak, dopiero teraz mamy czas aby poznawać okolice. 
Maciek biegając odkrywa rożne zakątki a potem całą rodziną idziemy tam spacer. 
I tak wreszcie dotarliśmy do rezerwatu Zakręt.
 Rezerwat „Zakręt” położony jest tylko 1 km na zachód od naszej wsi, tuz przy drodze prowadzącej do Jeziora Mokrego. Ścieżka wije się przez torfowiska wokół jednego z trzech jeziorek dystroficznych. 
Moza tam zaobserwować pływające wyspy torfowiskowe, rosiczkę i widlaki. Sa tez pomosty prowadzące przez mokre miejsca i kładki przeprowadzające przez trudne do przejścia nierówności i wysokie trawy.
Ja już wiem, ze następnej jesieni pójdę tam na poszukiwania żurawin. Idealne miejsce tylko te bagna potrafią być zdradzieckie! Pamiętam z dzieciństwa obraz koleżanki wciąganej przez błoto, jak w horrorze! Trzeba być uważnym no i mieć jakieś towarzystwo do wyciągania z błota w razie czego;-)

 




 Do tych bagien to mnie już ciągnęło w dzieciństwie. Pamiętam jak z kolegą bawiliśmy się w rożne zabawy w Wojnowskich bagienkach. Od czołgania się w błocie (bo wojna), przez przechodzenie-balansowanie na padłych drzewach aż po jazdę na łyżwach zimą. Bagienka przyciągały, bo tam rosły inne niż wszędzie rośliny, bo tam nikt prócz saren, borsuków i lisów nie chodził, bo było tak ciemno i tajemniczo! Wspaniale miejsce na zabawy w traperów, budowle namiotów, obserwacje zwierząt, zrywanie jarzębiny na korale. Teraz wydaje mi się to idyllicznym miejscem zabaw ale swoje dzieciaki już bym tak nie puściła....

czwartek, 5 stycznia 2012

Gdzie się podziała zima?

Nie wiem czy wiecie ale bieganie zrobiło się modne. Przynajmniej na Mazurach. Biega mój mąż, mój brat, mój szwagier, biegają nasi przyjaciele i biega pan P. Krasko. Bieganie wciąga choć bywają chwile zniechęcenia, które jak się już  przezwycięży to bieganie wchodzi w krew i po prostu go brakuje. Maciek biega co drugi dzień na dystansie około 8 km, nieźle! 
Ostatnio natknął się nawet na ... dzika! Oboje znieruchomieli na parę sekund, była gra nerwów kto komu ustąpi i w końcu dzik zrejterował. Uff...
Tym razem kto widział dzika na drzewo nie zmykał.



Taka zima była rok temu! Teraz jest w zasadzie wiosna.... Ciekawe czy śnieg w ogóle spadnie? 
Jest wygodniej bez śniegu ale jednak czegoś brak. Żeby tak chociaż trochę spadło na ferie.

wtorek, 3 stycznia 2012

Nowy Rok

2012!
Nowy Rok!
Kalendarz Majów podaje 21.12.2012 jako ostatni dzień w historii Ziemi... 
Mam nadzieje ze się jednak mylą! 

Tymczasem rok zaczął się w Krutyni pięknie, lekko mroźnie, bez śniegu ale za to słonecznie!



Mieliśmy bardzo pracowity Sylwester. Chyba wszystkie prawa Murphiego zadziałały i złośliwość rzeczy martwych uaktywniła się przed samym Sylwestrem, ale ostatecznie zapanowaliśmy nad rożnymi uszczelkami, sprężynkami i innymi usterkami.

Nasi goście zarówno na wodzie jak i na ladzie mieli  bardzo udany Sylwester! My po prostu we dwójkę wypoczywaliśmy sobie przed kominkiem i cieszyliśmy sie ze wszystko udało się dobrze zorganizować. Biedny Kubuś tak bardzo czekał na fajerwerki ale się nie doczekał bo padł już o 22.00 Moze w następnym roku?

Nowy Rok to czas podsumowań i różnych postanowień. Dla nas to był ciężki, pracowity rok .... a także chwilami smutny ze względów osobistych. Z postanowień to mamy plany na wiele udogodnień i drobnych acz ważnych zmian. Mamy nadzieje, ze doświadczenia wyniesione z prowadzenia Szuwarów w 2011 roku  przyniosą pozytywne zmiany w Nowym Roku.

Na początek musimy przygotować budynek dla gości, gdzie będzie miejsce na przygotowanie i zjedzenie posiłków a także do imprezowania czy po prostu wygodnego odpoczynku przy kawie i ciastku lub książce.
 A potem dalsze udogodnienia!

A czy wiecie ze w tym roku biorąc 3 dni wolnego mamy aż 9 dni wolnego w Maju? I w ogolę ten rok obfituje w długie weekendy wiec nie czekajcie tylko róbcie rezerwacje w Szuwarach!

A wiec do zobaczenia!!!!

wtorek, 27 grudnia 2011

swieta, swieta, i po ....

No i minęły nasze drugie Święta w Krutyni! A następne dopiero za rok! Może to i dobrze, bo częściej chyba by tego nasz system trawienny nie przeżył. My w tym roku obchodziliśmy święta bardzo kameralnie i na przekór tradycji nasza Wigilia nie była 12-sto daniowa a do tego bardziej tajska niż polska. Mogliśmy sobie na takie menu pozwolić, bo nie było gości bardzo przywiązanych do tradycyjnej Wigilii. Czasem dobra jest taka odmiana. Ale Święta bez śniegu są trochę pozbawione tego specjalnego uroku, z drugiej strony jaka wygoda - bez tego całego odśnieżania, ubierania dzieci w stosy ubrań i jazdy slalomem po oblodzonych drogach.
Dla nas Święta to także czas spacerów. Wybraliśmy się nad jezioro Zdrezno i jego okoliczne bagienka. Sliczne!
Samo zobaczcie, czy taki spacer nie jest lepszy od ogladania poraz setny Kewina Samego w Domu???




Teraz już przygotowujemy się do Sylwestra. Nasi goście będą spędzać Noc Sylwestrowa na rzece! Bedzie ognisko na specjalnej platformie, grzaniec, pieczenie kiełbasek, a także pochodnie! Uważam, ze to bardzo ciekawa alternatywa dla tych co nie muszą witać Nowy Rok tańcami i hulankami. 

środa, 14 grudnia 2011

jaki kram taki pan....






W ostatni weekend byłam w Gdańsku pomoc Mackowi.  A także samej zweryfikować sytuacje i  ocenić gdzie tkwi problem. A wiec miejsce jest dobre, ruch nie najgorszy.  W czym wiec problem? Otóż nasze produkty są cenione i kupowane i wyłącznie przez obcokrajowców co odpowiada na nasze pytanie dlaczego sprzedaż jest słaba.  Duńczycy, Norwegowie i Szwedzi są wprost zachwyceni naszym świątecznym kramem i jego asortymentem, podczas gdy większość naszych krajan omija go obojętnie. Nawet nie ceny -zresztą bardzo promocyjne są problemem, rękodzieło a do tego wyroby z drewna nie są chętnie kupowane przez Polaków Nie trafiliśmy w gust. Natomiast Norwegowie zapraszają do Oslo gdzie uważają ze nasze dekoracje będą szły jak świeżę bułeczki. Pozostaje nam znalezienie nabywcy za granica, któremu będziemy podsylac nasze wyroby.
Swoja droga to trochę smutne, ze towary wyłożone byle jak w karmach obok, bez świątecznego akcentu, towary bez duszy i smaku sprzedają się świetnie...
Nie raz słyszeliśmy, ze nasz kram jest najładniejszy i właśnie na jego tle robią sobie wszyscy zdjecia. Także zdjecia do lokalnej gazety jakimś trafem są robione z naszym kramem w tle.... 
Czyli wyroby prezentują się dobrze tylko czemu się tak samo dobrze nie sprzedają????

czwartek, 8 grudnia 2011

nasz kram







Niestety....
Loski najwyraźniej nie są chciane i lubiane na polskim rynku. 
Szkoda.
Ale to rynek decyduje warunki wiec 
....niestety ... pozegnamy losie i inne - wydawaloby sie sympatyczne - zwierzaki.... 

Trudno, nie wypalił POMYSŁ NA DREWNO.

wtorek, 6 grudnia 2011

Waranasi

Ghaty czyli schody w Waranasi, to te schody które zalewają wody świętego Gangesu, to również te schody gdzie się spala ciała umarłych...

krowie placki, sa suszone a potem wykorzystane przy budowie domów lub w paleniskach. Sa podobno bardzo kalorycznym materiałem palnym.
ryksza rowerowa, dopiero po 10 kursach po 5 rupii rykszarz może sobie kupić posiłek....

a tu właśnie wykorzystany materiał krowi. w trakcie zimy wykorzystuje się go jako np opal

 Ghaty i stosy drewna do spalania. Drzewo jest bardzo drogie w Indiach i stad nie każdego stać na taki pochowek. Dlatego niektórzy przybywają do Waranasi za życia aby wyżebrać pieniądze od turystów na zakup stosu drzewa potrzebnego do spalenia ciała.
 -------------------------------------
Jedzenie. 
Pierwsze wrażenia są super. Jest pikantne i inne niż wszystko co się jada u nas. Mnóstwo przypraw, które  podobno wybijają szkodliwe bakterie, więc wszyscy w tym mało sterylnym świecie mogą funkcjonować. Po paru dniach jedzenia i przebywania w kadzidłach pachnie się już Indiami. Żołądek jeszcze nie wie, ze to nie dwudniowa przygoda i się nie buntuje. 

A więc klapki na nogi, a reszta bezużytecznego bagażu w postaci trampek, krótkich spodni i kusych bluzek nieprzystających tu kobiecie (szkoda, ze wcześniej nie wiedziałam!) zostawiam w hotelu. Wrocę po nie za trzy miesiące i wtedy się tez okaże, ze nogi odzwyczaiły się od zakrytych butów... 
Będą mnie długo jeszcze uwierały każde - wcześniej przecież wygodne buty. 
Bo stopy moje pokochały wolność w klapkach i nie chciały się dać znowu zakutać w obuwiu;-)

Indie to hałas. Klaksony, ludzie, riksze, pokrzykiwania naganiaczy, muzyka w busach na ful. Często dochodzą mnie się głośne pokrzykiwania które okazują się być zwykłą hinduską rozmową, które ja brałam za poważne kłótnie.

Ulice hinduskie to całkiem osoby temat. Rozedrgane w upale, z ruchem lewostronnym, i niewielka ilością kobiet za kierownica. Najbardziej popularnym środkiem lokomocji w Indiach są ryksze. Sa ryksze samochodowe, biegane, rowerowe i końskie. A samochodów jest stosunkowo niewiele. Rikszarz samochodowy wszędzie się wciska, można rekami dotknąć druga taka ryksze, albo obetrzeć się o gorące kola załadowanych ciężarówek. Lawiruje się tu bez żadnych znaków i reguł. Najistotniejszą rzeczą w miejskiej nawigacji jest głośny klakson. 
Taka ryksza czasem bywa całym majątkiem Hindusa a wiec w niej śpi by mu jej nie skradziono. Ile razy wsiadałam do rykszy  rowerowej lub jeszcze gorzej: ciągniętej przez samego Hindusa czułam ... zażenowanie.
oraz ... potężne wyrzuty sumienia. Towarzyszly mi one również przy wurzucaniu smieci. Tam po prostu nie ma śmietników, a śmieci wyrzuca sie ot tak po prostu wszędzie, z okien, na ulicy. Cala moja ekologia legła w gruzach,  gdy tak przewędrowałam z moimi śmieciami w plecaku parę dni i nie znalazłam śmietnika...aż wreszcie je pozostawiłam gdziekolwiek jak mi od początku doradzał przewodnik.... 

Pan to nie nasz pan tylko liście które żują namiętnie Hindusi, żują a potem plują na czerwono.  Beeeee! Wszędzie można spotkać napisy przestrzegające przed pluciem ale żaden Hindus nie zwraca na nie najmniejszej uwagi. Nota bene moja podroż odbywała się w czasach szalejącego SARS-u.

Hindusi nie są indywidualistami. Lubią tłum. Nie uprawiają prawie wcale sportu, prawie miliard ludzi i ani jednego złota na igrzyskach - to coś mówi za siebie. Gruba kobieta znaczy bogata ale odkąd hinduska miss została miss świata to takie podejście się powoli zmienia.
-------------------
uliczna kuchnia w Kalkucie. Turysta w Indiach albo je wszystko i liczy na to ze jakoś to przeżyje, albo unika jedzenia  poza dobrymi restauracjami. Ja próbowałam wszystkiego i jakoś nie miałam żadnych rewelacji żołądkowych.
ryksza biegana, dobrze jest jak pasażer nie jest za gruby i nie ma za dużo pakunków... bo stawka jest ta sama...


poniedziałek, 5 grudnia 2011

Moja wyprawa do Indii

Może i to dobrze, że do Delhi przybyłam nocą, bo to co zobaczyłam i poczułam zszokowało mnie do tego stopnia, że następnego dnia nie opuściłam hotelu aż do przyjścia mego przewodnika, choć mieszkałam w samym centrum plecakowcow czyli na Paharganj - czyli najbardziej europejskim z możliwych miejsc....  Za dnia myślę, że szok byłby jeszcze większy - no ale nie po to przebyłam 5268 km żeby wracać, nawet jeśli w pierwszych minutach wydawało  mi się, ze wszędzie w stosach śmieci leżą bezdomni śmierdzący moczem. W poczekalni na lotnisku czekał na mnie mój polski przewodnik, który miał mnie poznać na podstawie wcześniej wysłanych zdjęć. I poznał, na szczęście! Po wyjściu z lotniska: hałas klaksonów,  który miał już nam towarzyszyć do końca pobytu, ludzie koczujący na pasach pomiędzy autostradami, kolorowe ciężarówki mknące obok nas a w tym wszystkim przechadzające się święte krowy!!! Naciągacze już od pierwszych  kroków na lotnisku tez będą nam towarzyszyć do końca. I ich kłamstwa typu sir, sir! wrong way, nawet jeśli nie wiedzą dokąd się kierujesz. Z czasem człowiek się robi głuchy na te nawoływania, ale przez pierwsze dni jest to taki natłok wrażeń, że nieokreślony strach ogarnia mnie .... do domu tak daleko a ja tu sama! I nic nie jest takie jak znam: domy to pozlepiane  z jakiś resztek na słowo honoru budynki, oplecione setkami kabli, wszędzie walają się tony odpadów i śmieci, ludzie śpią na rykszach lub wprost na ulicy. Pokój w hotelu za dolara posiada wiatrak, bez którego nie da się  spać z powodu duchoty, a łazienka dwie dziury: przez jedną u góry leje się woda,  (uzbierana deszczówka w zbiorniku na dachu, pełna zresztą ameb) a dolną dziurą woda ucieka. Z powodu właśnie ameb wody się nie pija a nawet zębów kranówką nie myje, jedynie wodą oryginalnie zakapslowaną bo i tu Hindusi lubią oszukiwać... Tak sobie siedziałam po tej pierwszej nocy w hotelu Vishal i myślałam: za drzwiami jest moje marzenie, na które tyle czasu czekałam a ja nie mam odwagi wyjść! Potem dowiedziałam się ze nie ja jedna w taki właśnie sposób zareagowałam na indyjską rzeczywistość. Bardzo łatwo jest poznać backpakersow-nowicjuszy po ich nerwowym sposobie bycia i rozbieganym spojrzeniu, które mówi jak się jest oszołomionym tym wszystkim wokół... Po trzech miesiącach stałam się już starym wygą indyjskim, którego mało co mogło zaskoczyć. Wyjeżdżałam z Indii z wyraźną ulgą, i  jak się później okazało zaszczepioną na dobre tęsknotą do tego niesamowitego kraju.. pomimo takiego początku w Indiach już zawsze miała mi towarzyszyć tęsknota do nich ... ale o tym cdn.

słoń jako środek transportu nie jest niczym nadzwyczajnym w Indiach

świątynia z wykutymi pozycjami kamasutry...

na ulicy indyjskiej toczy się życie, ludzie myją sie, prasują, piorą, go się a żelazka maja z dusza!

święte krowy włóczą się wszędzie, nikt im nie robi krzywdy ale tez specjalnie się nimi nie przejmuje, żrą np torebki foliowe które im rozpychają brzuch i giną w męczarniach. Krowy miejskie mogą przeżyć cale życie i nie widzieć trawy... żyją z tego co znajda na ulicy, najczęściej są to śmieci.....

kobietom nie przystoi być na widoku obcych wiec handlowanie jest domena męską

Indie to pyszne soki wyciskane z wszystkiego tu z trzciny cukrowej, trzeba mieć najlepiej własny a wiec czysty kubek i nie dać się namówić na kostki lodu choć w tym upale wydaje się to być kuszące... ale ameba czyha na nieostrożnych śmiałków...

W Indiach samemu się nie pierze... zleca się to takim praczkom ja te na zdjęciu, one zarobią parę rupii a plecakowiec  dostaje ładnie uprasowany stosik czystych ubrań.

niedziela, 4 grudnia 2011

jarmark

Witajcie po długiej nieobecności mojej  na blogu. 
Wszystkiemu winne są łośki;-). Pracowaliśmy z Mackiem dzień w dzień do późnych godzin nocnych (z dorywcza pomocą jeszcze jednego świstaka-wolontariusza, Tatianko- dzięki wielkie!!!). I tak udało się nam przy rożnych zawirowaniach, typu zepsucie się dwóch głównych maszyn, wykonać okolo 1000 różnych ozdób, zważywszy na krotki okres czasu i to ze są to wszystko wyrabiane ręcznie ozdoby - wynik jest zadowalający. Lośki, gwiazdki, aniołki i inne ozdoby wyjechały na jarmark w Gdańsku, gdzie tez odbędzie się ich/nasz test. Czyli albo będą się sprzedawały a my nadal je wyrabiali albo nie i będziemy zmuszeni poddać się. Byłoby szkoda ale to rynek zdecyduje o dalszym losie słodkich łosi;-)....






    Kubuś tez wlaczyl sie w malowanie.....

Zapraszamy da Gdańska na targ węglowy, na nasze stoisko nr 36.

Joyeux Noë!!! 

sobota, 26 listopada 2011

suki czyli marokanskie sklepiki z mydłem i powidłem

sklepik z lampami, na wybór nie można narzekać;-)









Marrakesz to feeria zapachów i kolorów.
Tak bardzo odurza, ze na początku nie wiadomo na co patrzeć i czego próbować.
Głównie piękna medyna z meczetem Kutubija i plac Dzemaa El-Fna znany z suk czyli kramów z najróżniejszymi towarami. Plac tętni za dnia życiem handlowym, gdzie się targuje, sprzedaje i kupuje a wieczorem zamienia w jedna wielka jadłodajnię. El Fna to tez kuglarze, wszelkiej maści artyści, akrobaci, naciągacze, pokazy tańca węży czy trenerów małp. W Marrakeszu pije się sok wyciskany z pomarańczy i herbatę ulepek miętowy a jada się: ślimaki, głowy baranie, daktyle, pity, kebaby jagnięce, móżdżki,  kuskus i zatrzęsienie sałatek i owoców, których nazw nie zidentyfikowałam. Marrakesz słynie tez z farbiarni, które czuć z daleka oraz wytworni blaszanych lampionów. Marrakesz to tez punkt zamieszkania naszych poczciwych boćków, ale trzeba Wam wiedzieć, ze nie wszystkim boćkom chce się latać w te i wewte i cześć z nich po prostu prazy się cały rok w marokańskim słońcu a gniazda wija sobie bezpośrednio na murach obronnych starego miasta (medyny).